Historia SKK
Początki SKK łączą się nierozerwalnie z historią firmy DIGITCARD-UNICARD, która zajmowała się produkcją kart magnetycznych – wówczas nowości na rynku polskim. - Do tej właśnie firmy aplikowałem – wspomina Mariusz Puto, obecny prezes SKK SA. - Pamiętam ostatnią rozmowę, na której... równolegle przepytywano dwóch kandydatów na to samo stanowisko. Wybrano mnie, ponieważ byłem świeżo po studiach technicznych, a poza tym miałem za sobą pobyt w Wielkiej Brytanii, a więc coś o kodach kreskowych wiedziałem. Wtedy też dowiedziałem się, że do Polski ma przyjechać Anglik, który zajmie się prowadzeniem biznesu. Spodziewałem się starszego, nobliwego pana w garniturze, nieco sztywnego, zdystansowanego. Tymczasem spotkałem młodego, pełnego pomysłów Richarda Lucasa, otwartego na nowości, zafascynowanego zachodzącymi w Polsce zmianami.
Był rok 1992. Polski rynek dopiero się tworzył, a mechanizmy charakterystyczne dla gospodarki kapitalistycznej były właściwie nieznane. Dla młodej firmy wsparcie człowieka, który przyjechał z kraju, gdzie ustrój ten był już okrzepły, miał istotne znaczenie. - My byliśmy młodymi chłopakami, prosto po studiach. Mieliśmy dużo zapału, chęci do pracy, ale tak naprawdę dość ograniczoną wiedzę o biznesie, nie mówiąc o kontaktach z ewentualnymi zachodnimi partnerami – przyznaje prezes SKK. - To już była “działka” Richarda.
Ten pierwszy okres działalności firmy był doskonałym odbiciem ówczesnej polskiej rzeczywistości gospodarczej, typowym przykładem tworzącego się wówczas biznesu. - Działaliśmy wtedy bardzo intuicyjnie, nie robiąc wielkich planów na przyszłość, nie tworząc strategii rozwoju firmy, po prostu staraliśmy się być otwarci na to, czego potrzebuje rynek. Pamiętam, że gdy zadzwonił klient i pytał czy sprzedajemy, to mówiliśmy, że oczywiście tak, a dopiero potem pytaliśmy, co chce kupić – ze śmiechem wspomina Mariusz Puto.
To był czas, kiedy wypożyczalnie wideo były oblegane przez Polaków chcących wreszcie obejrzeć wszystkie zakazane dotychczas filmy. Wypożyczalnie prosperowały więc świetnie, a ich oferta z każdym dniem się poszerzała. Jeśli ktoś dysponował tysiącem czy dwoma tysiącami kaset, to musiał wprowadzić jakieś mechanizmy identyfikacji. Pierwszym produktem, jaki firma zaproponowała, było piórko świetlne służące do czytania kodów umieszczonych na kasetach wideo. - Żeby było jasne – niewiele wypożyczalni stać było na takie unowocześnienia. Jak sprzedaliśmy 3-4 piórka w miesiącu, to już było dobrze – mówi prezes SKK.
Nadeszła połowa 1993 roku – firma Systemy Kodów Kreskowych rozpoczęła samodzielną działalność. Wtedy też pracę w niej rozpoczął Tomasz Bednarski, dziś wiceprezes SKK SA. - Początki mojej pracy w SKK będą mi się zawsze kojarzyły z zapachem chińskiej kuchni – wspomina. - Siedziba firmy mieściła się bowiem na ul. Stradom, tuż nad chińską restauracją. Bardzo ciekawie wyglądały wizyty naszych amerykańskich i angielskich dostawców - wprowadzaliśmy ich po schodach na górę, czwarty pokój po lewej stronie, nad „Chińczykiem”.
Firma SKK zajmowała wtedy jeden pokój, w którym mieścił się dział handlowy, magazyn sprzętu, dział sprzedaży – wszystko przy trzech biurkach. Nie było pieniędzy na osobny magazyn czy większe pomieszczenia. W tym początkowym okresie w firmie panowała absolutna uniwersalność, czyli wszyscy robili wszystko. Była też ogromna fascynacja nowo tworzącym się rynkiem i możliwościami rozwoju, które dawał. Jednak prowadzenie firmy nie było łatwe. Spory problem stanowiła komunikacja. To były czasy, kiedy do innego miasta nie można było zadzwonić, wystukując po prostu numer kierunkowy. Wszystkie rozmowy łączyła centrala, a dodzwonić się na centralę można było właściwie tylko przed południem. - Mój dzień pracy zaczynał się więc od próby wykonania jak największej liczby telefonów – wspomina Mariusz Puto. - Popołudnie mogłem poświęcić jedynie na przygotowywanie listy telefonów, które powinienem wykonać następnego dnia. Sytuację czasem ratował faks – w tym przypadku najlepszą porą był późny wieczór, wysyłaliśmy więc faksy z prywatnego mieszkania Richarda.
Bardzo dobrym pomysłem zaprezentowania oferty firmy okazały się targi. Maleńkie stanowisko firmy – na większe nie było jej stać – było oblegane. - Nie nadążałem z rozdawaniem materiałów promocyjnych – wspomina prezes SKK. - Wynikiem tych targów było co najmniej kilkaset kontaktów. Obdzwonienie wszystkich potencjalnych klientów to było prawdziwe wyzwanie. Telemarketer, który pracował równocześnie dla nas i dla firmy DIGITCARD-UNICARD, miał pracy na cały rok.
Owocem tych targów był m.in. kontakt z Centrum Informatyki Energetyki. - Mieli problem z odczytaniem kodów umieszczanych na rachunkach za energię elektryczną. Miały szerokość 7 centymetrów, tymczasem dostępne na rynku czytniki „czytały” kody do 6 centymetrów – wyjaśnia prezes Puto. - Przejrzeliśmy różne oferty zachodnich dostawców i znaleźliśmy odpowiednie urządzenia. Zamówiliśmy transport, za który zapłaciliśmy 1500 dolarów. Dla nas to była wtedy kosmiczna suma. Ale okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.
Już w pierwszym roku CIE zamówiło od SKK kilkadziesiąt urządzeń – dla firmy oznaczało to duży zysk i możliwość dalszego rozwoju. Kolejnym poważnym klientem były zakłady gazownicze, które również potrzebowały czytników, a potem firma ELZAB, jako pierwsza w Polsce produkująca kasy komputerowe. Kody kreskowe zaczęły wchodzić do sklepów.
Bardzo dużym krokiem naprzód dla młodej firmy był kontrakt z jedną z wiodących polskich hut. - Wysłali właśnie duży transport stali do Chin – wspomina Mariusz Puto. - Metoda identyfikacji różnych rodzajów stali zupełnie się nie sprawdziła - na plastikowych tabliczkach pisakiem wpisywano właściwe oznaczenie, ale kiedy transpot dotarł na miejsce okazało się, że napisy są niewidoczne. Był to prawdopodobnie wynik warunków atmosferycznych i działania soli morskiej. Huta wysłała do Chin sztab ekspertów, którzy na miejscu musieli rozpoznać poszczególne rodzaje stali, a to oznaczało dodatkowe, duże koszty. Wtedy też podjęto decyzję o konieczności zmiany sposobu identyfikacji stali. Ktoś podpowiedział dyrekcji huty, że dobrym rozwiązaniem byłyby kody kreskowe. Huta została naszym klientem.
Dla firmy nadeszły lepsze czasy. Z roku na rok podwajały się przychody, przybywało też nowych pracowników. - Ludzie byli pełni zapału, zafascynowani możliwościami, jakie dawały nowoczesne technologie – wspomina Tomasz Bednarski. - A co najważniejsze atmosfera, jaką udało się wówczas stworzyć, była naprawdę rodzinna. I mimo, że od tego czasu minęło wiele lat, a w SKK pracuje już 100 osób, staramy się, aby nic się w tej kwestii nie zmieniło. W SKK nadal pracują niemal wszyscy pracownicy, którzy zaczynali z nami te kilkanaście lat temu, organizujemy wspólne wyjazdy czy wyjścia do pubu. Jeden z naszych kolegów kolekcjonuje puszki po coca coli, jeśli ktoś z nas jedzie gdzieś w świat, to wie, że ma zadanie – przywieźć nową puszkę. I co ciekawe cała kolekcja – w tej chwili ok. 300 sztuk – znajduje się w firmie. Podczas niedawnej przeprowadzki trzeba to było skrzętnie zapakować i uważnie przewieźć, żeby czasem nie uszkodzić któregoś eksponatu – żartuje Tomasz Bednarski.
Oprócz tej doskonałej atmosfery z początkowego okresu działalności firmy, udało się też zachować jeszcze coś cennego – fascynację nowymi rozwiązaniami informatycznymi i możliwościami, jakie oferują. - Nikogo więc nie dziwi, że w planach naszej firmy jest wzmacnianie takich obszarów, jak systemy wizyjne, głosowe czy RFID – mówi wiceprezes SKK. - Myślimy o rozpoczęciu własnej produkcji, a pierwszym etapem budowy własnego zaplecza produkcyjnego materiałów eksploatacyjnych jest zakup maszyny poligraficznej.
I jeśli chodzi o rozwój firmy, nie jest to nasze ostatnie słowo...
